CRN: W początkach lat 70. skonstruował pan pierwszy polski minikomputer - K-202, maszynę, która wyprzedzała epokę i biła na głowę wszystkie ówczesne konstrukcje. Wie o tym każdy, kto otarł się o informatykę. Znana jest także historia prześladowań - bo tak przecież trzeba to nazwać - jakich doznał pan w PRL. Dlaczego jednak dziś, żeby dotrzeć do fenomenalnego konstruktora, muszę odwoływać się do pomocy Stefana Bratkowskiego? Gdyby nie informacja, że jesteście panowie przyjaciółmi, w żaden sposób nie odnalazłbym pana w mieszkaniu we Wrocławiu.

Jacek Karpiński: To bardzo długa historia. Kiedy w 1980 roku do mojego gospodarstwa na Mazurach pozjeżdżali się nagle dziennikarze, pewna pani z telewizji zapytała, co mi strzeliło do głowy, żeby na zapadłej wsi hodować świnie. Odpowiedziałem, że wolę mieć do czynienia z prawdziwymi świniami. Potem to poszło w Polskiej Kronice Filmowej! Po prostu zrobiono mi strasznie dużo świństw.

CRN: W PRL nie chciano ani pana, ani pana komputera. Dlatego w 1978 roku wyniósł się pan pod Olsztyn, żeby hodować świnie i kury. Na początku lat 80. dużo pisano o tym w prasie. Ja jednak pytam o dzień dzisiejszy. Przecież po roku 1990 próbował pan uruchomić produkcję skanerów, kas fiskalnych.

Jacek Karpiński: Próbowałem, ale się nie udało. Tylko po części dlatego, że nie mam głowy do interesów. Próbę produkcji mojego Pen-Readera udaremnił bank BRE, w którym wziąłem kredyt. W rezultacie straciłem dom w podwarszawskim Aninie. Mój zakład pod Mińskiem Mazowieckim, który miał produkować kasy fiskalne, zwyczajnie rozkradziono. Policja nigdy nie trafiła na ślady złodziei. Próby nawiązania współpracy w produkcji moich kas z Libellą i Apatorem zakończyły się fiaskiem. Libella pozbyła się mnie, jak tylko zorganizowałem zakład i uruchomiłem produkcję. Apator dokumentnie spieprzył mój projekt. Z mojego punktu widzenia to był ewidentny sabotaż. To wszystko jednak wcale nie oznacza, że mam zamiar się poddać.

CRN: Stefan Bratkowski jest pełen podziwu dla pana wielkiej odporności.

Jacek Karpiński: Jako młody chłopak sporo przeszedłem. Musiałem być odporny. I tak już zostało.

CRN: Zmieńmy temat i zacznijmy od początku. Pana wojenna przeszłość nie była dla władz PRL bez znaczenia. Był pan w Szarych Szeregach, batalionie 'Zośka', brał pan udział w powstaniu warszawskim.

Jacek Karpiński: W powstaniu niestety tylko jeden dzień. Ale, jak pan powiedział, zacznijmy od początku.
W Szarych Szeregach zajmowaliśmy się drobnym sabotażem. Zrywaliśmy flagi, tłukliśmy szyby w niemieckich sklepach, rzucaliśmy petardy pod posterunki. Takie drobne paskudztwa robiliśmy Niemcom. Do dziś z łezką w oku wspominam, jak rozbijaliśmy szyby u Meinla1. Potem wstąpiłem do Grup Szturmowych, które po śmierci 'Zośki'2 zostały przekształcone w batalion jego imienia.
Uczestniczyłem w akcji 'Sieczychy'3, w której zginął 'Zośka'. Brałem też udział w wielu akcjach rozpoznawczych. Takie akcje były w gruncie rzeczy bardziej niebezpieczne niż walka.

CRN: I wymagały stalowych nerwów.

Jacek Karpiński: Wymagały. Pod Celestynowem i pod Urlami4 brałem udział w rozpoznaniu ruchu pociągów. Przed akcją musieliśmy dokładnie znać rozkład jazdy, wiedzieć, jaka jest obstawa, mieć pojęcie o tym, jak poruszają się patrole pilnujące torów. Na rozpoznanie nie wolno było brać broni ani dokumentów. Chodziło o to, żeby w razie wpadki nie uprzedzić Niemców, że coś ma się wydarzyć. Zaszyłem się w krzakach, prowadziłem notatki. W pewnym momencie pojawiło się dwóch żandarmów. z psem. Oczywiście pies natychmiast mnie wyczuł. Zaczął ujadać, rwać się ze smyczy. Trudno opisać, co się we mnie wtedy działo. Przecież gdyby mnie znaleźli albo zastrzeliliby na miejscu, albo trafiłbym na przesłuchanie na Pawiak, co byłoby jeszcze gorsze. Mogłem tylko czekać. Patrol był nie dalej jak dwadzieścia metrów ode mnie, gdy żandarm niespodziewanie skarcił psa i pociągnął go w inną stronę.
- Głupie bydle - powiedział. - Pewnie rwie się do jakiegoś zająca.
Miałem wtedy bardzo dużo szczęścia.
Byłem też na kilku rozpoznaniach przed likwidacją Kutschery5. Pamiętam taką sytuację: siedzimy we czterech w samochodzie na Rynku Nowego Miasta. Nagle od tyłu podjeżdża do nas wanna - odkryta ciężarówka z żandarmami i ciężkim karabinem maszynowym na stojaku. Stanęli obok, wycelowali w nas. cholera! Naszym kierowcą i dowódcą był 'Miki'-'Sem'6, kapitalny facet, bardzo opanowany.
- Panowie - powiedział - spokój. Uśmiechamy się.
I zaczęliśmy się uśmiechać. Niemcy celują, a my siedzimy i uśmiechamy się do nich, jak gdyby nigdy nic. I niech pan sobie wyobrazi, że po paru minutach odjechali! Ale cośmy wtedy przeżyli, to nasze! W czasie walki nie ma takich stresów. Do dziś pamiętam to paskudne uczucie.


Przypisy redakcji

1 Julius Meinl – podczas okupacjisieć sklepów przeznaczona tylko dla Niemców.
 
2 „Zośka” – Tadeusz Zawadzki (1921 – 1943). Podporucznik AK, w latach 1942 – 1943 dowódca Grup Szturmowych Chorągwi Warszawskiej Szarych Szeregów, uczestnik słynnej akcji pod Arsenałem. Bohater książki Aleksandra Kamińskiego „Kamienie na szaniec”.
3 Akcja „Sieczychy” (20 VIII 1943) – element akcji o kryptonimie „Taśma” polegającej na likwidacji niemieckich posterunków i patroli straży granicznej w Generalnym Gubernatorstwie. Grupy Szturmowe otrzymały zadanie likwidacji posterunku we wsi Sieczychy pod Wyszkowem. Jako jedyny zginąłw niej Tadeusz Zawadzki, „Zośka”.
 
4 Najbardziej znane akcje Szarych Szeregów, związane z dywersją kolejową: 23 V 1943 – akcja „Celestynów” (odbicie transportu więźniów, batalion „Zośka”), 27 IV 1944 – akcja „Urle - Tłuszcz” (wysadzenie w powietrze zmierzającego na wschód niemieckiego transportu wojskowego, batalion „Parasol”).
5 Akcja znana pod nazwą zamachu na Franza Kutscherę (1 I 1944), podczas której zlikwidowano dowódcę SS i policji na dystrykt warszawski.
6 „Miki” („Sem”) – Wiesław Krajewski, podporucznik, poległ 20 IX 1945 roku.