Jestem przekonana, że większość nawet średnio zaawansowanych użytkowników Facebooka słyszało o EdgeRanku. Uwaga, z jaką śledzi się tego niewidocznego sprawcę zasięgów naszych treści na FB, przekracza granice zdrowego rozsądku. Więcej – powoduje socialową gorączkę! Agencje marketingowe i ich pracownicy prześcigają się w doniesieniach o spektakularnym złamaniu kodu EdgeRanka, aby za chwilę przyznać, że jednak był to fake news, bo Mark coś znowu namieszał w magicznym składzie algorytmu. Dla mnie oczywistym jest, że EdgeRank i sposób jego działania jest jak receptura unikalnego sosu, a Mark Zuckerberg raczej nie opowiada o tajemnicach swojej firmy na prawo i lewo…

Ponadto z punktu widzenia strategii marketingowej takie skupienie się na łamaniu kodu algorytmu jest marnotrawstwem czasu i energii. Marketing – w szczególności cyfrowy – ma unikalne możliwości w zakresie dwukierunkowej komunikacji z klientem. Koncentrowanie się jedynie na tym, jak trafić do klienta ze swoim przekazem, to początek, a nie pełnia sukcesu. Kluczowe w tym procesie jest, co zrobić, aby klient chciał z nami rozmawiać, jak sprawić, abyśmy mogli się poznać i sobie zaufać. Piszę o tym dlatego, że znajomość algorytmu jest dla mnie zaledwie jednym z pięciu ważnych elementów skutecznych treści, spośród których bohater dzisiejszego artykułu znajduje się na szarym końcu.

Dlaczego jednak zdecydowałam się napisać o algorytmie LinkedIn? Bo jest on w równym stopniu hołubiony i poszukiwany jak EdgeRank. Wierzę, że pisząc o nim, wskażę te ważniejsze aspekty, które w długofalowej perspektywie decydują o tym, czy nasza treść zainteresuje potencjalnych odbiorców, a nie tylko wyświetli im się podczas skrolowania tablicy.

Główne zadania algorytmu to po pierwsze dostosowywanie treści naszej tablicy do naszych indywidualnych upodobań. Po drugie sprawianie, aby pojawiające się treści ładowały się szybko, a przewijanie tablicy było łatwe. I wreszcie umożliwianie łatwej dystrybucji treści tworzonych przez innych (wiadomo, że bardziej cenimy to, co pisze nasz dobry znajomy, niż to, co wyświetla się z konta zupełnie obcej osoby). Właśnie algorytm odpowiada za to, że nasze treści płyną szerokim strumieniem… albo wolniutko ciurkają (gdy działamy niezgodnie z jego zasadami; część tych zasad znamy, resztę zgadujemy).

Zgodnie z oficjalną informacją od LinkedIna tym, na co szczególnie warto zwrócić uwagę, jest fakt, że algorytm nie działa liniowo, lecz tworzy cykle w pętlach. Dlatego próby przewidywania, jak w ekosystemie LI zachowa się opublikowana przez nas treść, są obarczone błędem.

Algorytm LinkedIn – 4 etapy działania

Etap 1,
czyli sprawdzenie przez boty i zakwalifikowanie do jednej z trzech kategorii.

Opublikowaną treść odpowiednio kwalifikują pierwsze filtry (boty). Po jej opublikowaniu boty umieszczają ją w jednej z trzech kategorii: spam, niska jakość lub czysta. Oczywiście każdy chciałby, aby jego treść zakwalifikowano do trzeciej kategorii. Kategoria „spam” oznacza, że treść nie zyska szerokiego zasięgu, a kategoria „niska jakość” ma szansę wybicia się na kolejnych etapach działania algorytmu.

Naturalnie rodzi się pytanie: jakiego typu treści są kwalifikowane jako czyste? Nie ma oficjalnych informacji na ten temat, ale z dużym prawdopodobieństwem można założyć, że algorytm preferuje wszystko, co przyciąga uwagę użytkowników, zwiększa ich zaangażowanie i powoduje, że treść staje się bardziej viralowa (to bada się na kolejnych etapach).

Nie ma potwierdzenia, że algorytm preferuje i promuje treści określonego typu. O FB wiemy, że daje pierwszeństwo transmisjom na żywo i wideo natywnemu (wrzuconemu z poziomu platformy, nie zaś w formie linka do YouTube). Nie wiemy, czy algorytm woli wideo, zdjęcia czy wyłącznie czysty tekst. Ktoś, kto twierdzi, że wie, raczej spekuluje.