Konsultant czy menedżer?

Nie należy mylić interima z konsultantem. Konsultant analizuje sytuację i zaleca rozwiązania zarządowi firmy, rzadziej wspiera kadrę kierowniczą w procesie wdrożenia opracowanej wspólnie określonej strategii. Nie ponosi przy tym żadnej odpowiedzialności za swoją działalność, zawsze jednak otrzyma pełne wynagrodzenie za usługę. IM nie tylko przyjmuje na siebie odpowiedzialność (i często posiada ubezpieczenie OC od skutków podejmowanych decyzji), ale także musi otrzymać pakiet uprawnień do zarządzania zespołami, wdrażania zmian z najwyższym priorytetem, dużą autonomię i swobodę działania. Transferuje swoją wiedzę do wewnątrz firmy, przekładając ją na działania, a nie tylko doradza.

Warto również zauważyć, że zatrudniony na etat pracownik będzie chciał jak najbardziej dopasować się do organizacji, a nie ją zmieniać, wprowadzając czasem rewolucyjne pomysły w życie jako wnioski ze swoich obserwacji. Będzie bał się zwolnienia z powodu „braku chemii” i to zasady panujące w firmie szybko zmienią jego samego. Natomiast Interim Manager ma za zadanie szybko zmienić organizację, usprawnić ją i wzmocnić, podejmując czasem drastyczne kroki oraz ryzyko, że jego działania mogą się nie spodobać i kontrakt zostanie rozwiązany przed ustalonym czasem.

Czy to się opłaca?

Często spotykam się ze stwierdzeniem, że tego typu usługa dużo kosztuje. Prawda jak zwykle leży pośrodku – chodzi m.in. o to, że koszty zatrudnienia IM-a nie ograniczają się do widocznej na fakturze kwoty. Oczywiście wszystko jest kwestią negocjacji, jednak typowa stawka dzienna wynosi 1,2 tys. zł netto. Kiedy dochodzi presja czasu, złożone zadanie i chcemy mieć na pokładzie interima z prawdziwego zdarzenia obejmującego kluczowe stanowisko – stawka rośnie o kolejne setki złotych. Gdy dojdziemy jednak do szczegółowych obliczeń, to wszelkie koszty związane z zatrudnieniem IM (przy stawce 1,2 tys. zł netto i 22 dniach roboczych w miesiącu) zamykają się w kwocie 26,4 tys. zł netto.

Tymczasem zatrudnienie na etacie dyrektorskim związane jest z kosztami i czasem rekrutacji, składkami ZUS, obciążeniami podatkowymi, gwarantowanymi: profitami, samochodem służbowym, narzędziami pracy i licencjami, szkoleniami, wynagrodzeniem za czas spędzony na urlopie oraz ewentualnym zwolnieniu lekarskim, premiami, bonusami (przyjmijmy tylko 20 proc. rocznie) oraz kosztami zwolnienia (odprawa, zakaz konkurencji), nie mówiąc o kosztach błędnej decyzji o zatrudnieniu niewłaściwej osoby i związanym z tym chaosem w firmie. Jeżeli przyjmiemy, że znajdziemy kandydata do pracy za 25 tys. zł brutto (uśredniona optymalna pensja dyrektora w branży IT wg raportu płacowego Hays), to finalnie kosztuje on nas ok. 45 tys. zł brutto za każdy miesiąc pracy. Znacznie więcej niż IM na takim samym stanowisku – wystarczy uwzględnić wszelkie koszty.

Czy jest to więc rozwiązanie tylko dla największych firm z grubym portfelem? Nie sądzę. Jeżeli mamy biznes, który przez wiele lat dobrze prosperował, ale wskutek różnych zdarzeń, zmian rynkowych, wypadków losowych czy zaniedbań chyli się ku upadkowi, wówczas taki zastrzyk zewnętrznych kompetencji, szybkie działanie bez emocji związanych z przywiązaniem do firmy i jej pracowników, podjęcie właściwych (czasem trudnych dla właścicieli) decyzji i działań mogących uratować spółkę – jest po prostu bezcenne. A interim managera możemy zatrudnić bardzo szybko, na krótki czas, z gwarantowanym efektem końcowym. Do tego zwiększamy prawdopodobieństwo realizacji zakładanego celu oraz zamknięcie go w ustalonych ramach czasowych, co również da się przeliczyć na pieniądze.