Zapłata minimalnego podatku dochodowego

Kolejny świeży przepis, który dopiero lada moment wejdzie w życie, a już budzi spore wątpliwości – to kwestia zapłaty minimalnego podatku dochodowego. Jakiś czas temu pisałem o tym nowym podatku na swoim blogu. Teraz czytam w prasie wypowiedzi innych doradców podatkowych, że będzie można… nie płacić minimalnego podatku dochodowego od nieruchomości komercyjnych. O co chodzi? Już tłumaczę (i pozbawiam nadziei na niepłacenie podatków). Nowa regulacja w zakresie minimalnego podatku od nieruchomości komercyjnych miała uderzyć w optymalizację podatkową. Jednak celem zapewnienia neutralności dla większości podatników PIT i CIT istnieje możliwość odliczenia nowej daniny od zaliczki na podatek dochodowy. Co więcej, zgodnie z regulacjami wchodzącymi w życie 1 stycznia 2019 r. płatnicy podatków dochodowych mogą nie wpłacać minimalnego podatku dochodowego, jeżeli jest on niższy od kwoty zaliczki na podatek dochodowy za dany miesiąc.

Czy w takiej sytuacji podatnik nie zapłaci nowego podatku minimalnego i jednocześnie odliczy jego kwotę od bieżącej zaliczki na podatek dochodowy? Tak uważają niektórzy, analizując nowe przepisy. I dochodzą do wniosku, że podatek minimalny niższy od kwoty podatku dochodowego (lub gdy brak dochodu do opodatkowania) oznacza, iż nie dość, że nie płacimy nowej daniny, to na dodatek ta niezapłacona (wyliczona) kwota podatku minimalnego pomniejsza zaliczkę na podatek dochodowy. Brzmi ekstra, ale tak kolorowo moim zdaniem nie będzie.

Dlaczego? Ano dlatego, że podejście fiskusa cechuje jednostronność – tzn. chodzi o to, aby wyszarpać podatnikom jak najwięcej z kieszeni, a nie żeby w tej kieszeni jak najwięcej zostawić. I zdaniem fiskusa odliczenie podatku minimalnego będzie możliwe wyłącznie wówczas, gdy ta danina została uiszczona (a nie tylko obliczona, ale niewpłacona). Przewiduję, że sporo podatników będzie miało mimo wszystko optymistyczne podejście i będzie próbowało przewalczyć (we wnioskach o interpretacje podatkowe oraz w praktycznych potyczkach ze skarbówką) korzystną dla siebie interpretację.

Niezależnie od tego, kto ma rację (a będzie miał ją fiskus – stawiam na to dolary przeciwko orzechom), spór ten dowodzi, iż przepisy prawa podatkowego już na etapie ich tworzenia są czymś tak pełnym wątpliwości i niejednoznaczności, że aż przykro prowadzić w Polsce biznes. I to mają być zachęty dla przedsiębiorców? Bo ja na razie widzę same kłody pod nogami, rafy na horyzoncie i pole minowe dookoła z tabliczkami: „Uwaga! Profiskalizm!”.

Dlaczego tak się dzieje?

Przyczyn jest kilka. Zanudziłbym czytelników, pisząc o wszystkich. Dlatego krótko o tych najważniejszych. Przede wszystkim wybieramy nie tych ludzi, co trzeba. Ci, którzy uchwalają prawo podatkowe (już od lat, nie tylko w tej kadencji parlamentu), nie mają o nim wielkiego – a czasami żadnego – pojęcia. Wśród parlamentarzystów królują bowiem nauczyciele, lekarze, historycy, zawodowi parlamentarzyści, weterynarze czy piosenkarze, a relatywnie mało jest prawników i ekonomistów.

I efekt tego jest taki, że ustawa po ustawie, paragraf po paragrafie, jak w chińskiej fabryce, są uchwalane przez Sejm taśmowo. Później Senat, gdzie powinna następować refleksja nad wytworami sejmowymi, bez większego namysłu „przyklepuje” kolejne gnioty. O Prezydencie RP przez litość nie wspomnę, bo żaden nie dbał i nie będzie dbał o podatników – jest po prostu urzędnikiem i tak należy rozumieć jego podejście do sprawy.

Po drugie nikt nie wymaga od parlamentarzystów (nawet tych działających w komisjach parlamentarnych) jakiejkolwiek, nawet minimalnej wiedzy z dziedziny podatków. Widać to po stenogramach z zebrań komisji, podczas których parlamentarzyści raczej zdawkowo analizują uchwalane prawo, a wszystkie propozycje z ministerstwa finansów traktują z dużym zrozumieniem („trzeba walczyć z tymi, wicie rozumicie, nadużyciami podatkowymi”). Bez jakiejkolwiek głębszej refleksji nad tym, jak zatwierdzane zmiany odbiją się na podatnikach, a zwłaszcza na ich kieszeniach.