„Zakochany” Klopp

Piłka nożna jest taką grą, że stopień przypadkowości, ilość czynników wpływających na wyniki oraz błysk formy lub brak tego błysku u jednego kluczowego piłkarza, jedna przypadkowa sytuacja, czasem jedno nieszczęśliwe podanie czy zagranie – może odmienić losy i wynik spotkania. Tego wszystkiego przed meczem przewidzieć się nie da. To dzieje się na boisku w ciągu 90 minut, kiedy piłkarze pozostawieni są sami sobie. Kiedy muszą zmagać się z własną psychiką i osłabieniem fizycznym, tylko w niewielkim stopniu mogąc liczyć na wsparcie trenera czy jego geniusz w dokonywaniu korekt w składzie. Dlatego tak wielka jest praca, jaką trenerzy i cały sztab szkoleniowy wykonać muszą w szatni i salach treningowych, aby z kilkunastu gwiazdorów i ludzi o niespotykanie dużym i pokręconym ego uczynić tryby w niezawodnym i perfekcyjnym mechanizmie drużyny.

Na najwyższym poziomie światowym gwiazd trenerskich jest niewiele. Na pewno (jeszcze?) do tej klasy nie można zaliczyć Valverde – trenera Barcelony. Z całą pewnością w tej klasie, a może nawet jej wyznacznikiem, jest Juergen Klopp – trener Liverpoolu. Klopp pracę nad poturbowaną po pierwszym meczu psychiką swojej drużyny rozpoczął już na Camp Nou, kiedy obchodząc po porażce wszystkich swoich zawodników, każdego pocieszał, każdemu miał do powiedzenia coś pozytywnego, o czym świadczył jego uśmiech i pełne miłości (tak, nie bójmy się wielkich słów!) spojrzenie, którym obdarzał sfrustrowanych i rozgoryczonych piłkarzy swojej drużyny. „Nic się nie stało” było poparte jego mową ciała i sprawiało wrażenie, że jest absolutnie szczere, że nie chodzi o zabieg stosowany na potrzebę chwili. Mógł wkurzony (a jest człowiekiem i trenerem do głębi emocjonalnym) rzucać butelkami z wodą, krzyczeć, wymyślać zawodnikom, sędziom, komukolwiek, bo miał do tego powód. Nie, konsekwentnie przyjął inną postawę i ona była początkiem tego, co za tydzień wydarzyło się na stadionie przy Anfield Road. A tam do gry przystąpiły dwie drużyny w jakże różnych sytuacjach.

„You will never walk alone!”

A więc wielka Barca z zapasem trzech bramek, znów w najsilniejszym składzie, a naprzeciw niej mająca prawo czuć się poranioną, w osłabionym składzie, drużyna The Reds. Ale ona nie była sama! Miała za sobą dziesiątki tysięcy fanów zgromadzonych na trybunach, którzy na swoich graczy nie gwizdali, nie złorzeczyli im, nie ośmieszali ich, tylko wspierali swoich w imię hasła: damy radę! Emocjonalnie przejmująco i motywująco zaśpiewane przez cały stadion „You’ll never walk alone” dało graczom Liverpoolu kopa na cały mecz. Było zresztą w jego trakcie wykonywane jeszcze kilkakrotnie. Po gwizdku sędziego wszystko zaczęło się zgodnie z założeniami: Barcelona sprawiająca wrażenie „tłustych misiów” się broniła, a Liverpool cisnął na wszystkich pozycjach i fragmentach boiska niemiłosiernie, aż po pięknej akcji Origgi (zmiennik pauzującego Firmino) około 7 minuty meczu strzelił pierwszą bramkę. To był pierwszy wyraźny sygnał, że Barcelonę można pokonać i że warto walczyć. Nawet jeśli się nie strzeli jeszcze trzech goli, to przynajmniej obroni się honor i dumę Albionu. Po stronie Barcelony zaś nikt nie rozpoznał tego jako znaku przyszłej klęski. Po stracie bramki w drużynie Messiego nie zmieniło się nic – przecież mamy ciągle znaczącą przewagę w wyniku. W takim stanie ducha drużyny zeszły do szatni na przerwę. Po przerwie trenerzy dokonali po jednej zmianie. W Barcelonie zmieniony został prawoskrzydłowy, kupiony za „skromne” 150 mln euro Brazylijczyk Coutinho, który był raczej niewidoczny i niekoniecznie potrzebny do realizacji zadania obrony zdobytej na Camp Nou przewagi bramkowej. Klopp natomiast wprowadził do gry Holendra Wijnalduma – ofensywnego pomocnika o słusznym wzroście i posturze mogącego stawić czoła najsilniejszym obrońcom przeciwnika. I tu widać geniusz Kloppa, bo tenże zawodnik, najpierw głową, a kilka minut później w zamieszaniu podbramkowym – doprowadził do stanu 3:0 dla FC Liverpool. Dla Barcelony był to szok. Ktoś może ich pokonać aż tak wielką różnicą bramek? Nie są do tego przyzwyczajeni. Tego, co robić w takiej sytuacji, zawodnicy Blaugrany się nie uczyli, bo dotąd nie musieli.