Poza tymi subtelnymi różnicami reszta była podobna. Drużyna mająca stratę musiała ją szybko nadrobić, aby myśleć o awansie do finału. I rzeczywiście Tottenham z rozmachem zaczął atakować, ale młodzież z Ajaxu broniła się dzielnie i z kontrataków w pierwszej połowie zdobyła dwa gole. Zatem w pewnym momencie na tablicy wyników pojawiło się 2:0 dla zespołu z Holandii, a biorąc pod uwagę zaliczkę z boiska w Londynie, faktyczny stan był 3:0. Czy to nie tak jak w poprzednim pojedynku? I znów geniusz trenera, tym razem Mauricio Pochettino, Argentyńczyka pracującego od wielu lat w Europie, a od dwóch lat z piłkarzami z White Hart Lane, zmienił sytuację diametralnie.

I znów wydaje się, że prowadzący z dużą przewagą uwierzyli, że nic im stać się nie może i że niejako osiągnęli strefę komfortu przed ostatnim gwizdkiem sędziego. Jednak Tottenham za sprawą geniuszu jednego zawodnika, Brazylijczyka Lucasa Moury, doprowadził do wyrównania – 2:2, który to wynik ciągle dawał Ajaxowi awans do finału, ale wówczas gracze z Amsterdamu wpadli w podobny stan jak ich koledzy z Barcelony. Stan niedowierzania i oczekiwania na koniec meczu. W stan cichego zwieszania głowy i niemej modlitwy o to, aby dotrwać, aby już nic się nie stało. Zaczęła się presja, którą wywierali sami na sobie, presja niemożliwości popełnienia błędu. Taka negatywna motywacja zawsze jest złym doradcą, bo plącze nogi i blokuje kreatywność. Człowiek zaczyna popełniać błędy mimowolnie. Przeciwnik błyskawicznie się w tym orientuje i z uporem powtarza te same zagrywki, aby zmęczony fizycznie rywal, będąc pod coraz większą presją psychiczną, popełnił w końcu błąd. Tu wystarczył jeden zawodnik i jeden błąd, aby wspomniany Lucas w szóstej minucie doliczonego czasu gry strzelił trzeciego gola i odwrócił losy dwumeczu, sprawiając, że w finale zagra jego drużyna.

Szybko podsumowując oba pojedynki i rozważając czynniki sukcesu, można stwierdzić z całą pewnością, że znakomity trener czy lider oczywiste słabości i chwilowe niedomagania zespołu umie przekształcić w podstawy triumfu. Brak czołowych zawodników wykorzystać jako supermotywację dla tych pozostających dotąd w cieniu. Poczuciem porażki zarządzić w taki sposób, aby nie tylko została zapomniana i nie była demotywatorem, ale stanowiła motywator do zwiększonego wysiłku, do odblokowania ukrytych technik czy zachowań, jak choćby te, które zaprezentowali Origi, Wijnaldum czy Lucas.

Mądry trener reaguje na to, co dzieje się na boisku, i zestawia skład oraz zarządza zmianami nie po to, aby zadowolić kibiców, prezesa klubu czy poszczególnych graczy, tylko aby zrealizować postawione cele. Cele wynikające z sytuacji bieżącej, tu i teraz, a nie z historii czy zasług z przeszłości. Oczywiście zna piłkarzy i wie, kto i do czego się nadaje; jakie role może pełnić lub nie w sytuacji, kiedy drużyna atakuje i kiedy się broni.

Prorok we własnym kraju

Jest jeszcze jeden aspekt: trenerowi pochodzącemu z innego kraju, niezamieszanemu w lokalne gierki zakulisowe jest łatwiej to uzyskać. Trener lokalny, wykształcony w danym kraju i podlegający naciskom środowiska, w którym działał i działa, ma większe ograniczenia, w tym mentalne. To dlatego Jezus nie mógł dokonać cudu w Nazarecie, Kolumb jajko na sztorc postawił przed obliczem królów hiszpańskich, choć był Genueńczykiem z pochodzenia, a Valverde i Ten Haag, jeden Hiszpan prowadzący Barcelonę, a drugi Holender trenujący Ajax, nie mogli wymyślić nic, co zapewniłoby sukces ich drużynom. Kloppa i Pochettino cechowała większa niezależność i swoboda w myśleniu – bo co im groziło? Najwyżej zmiana pracodawcy, bo pozycję mają ugruntowaną i żaden z nich w najbliższej przyszłości nie wróci do ojczyzny, by tam prowadzić jakiś klub. Ich ojczyste kluby nie mają takich pieniędzy, aby ich zatrudnić.