Eksplozja popularności mediów społecznościowych uwolniła mnóstwo radosnej twórczości, do tej pory skrzętnie odkładanej do szuflady. Tysiące blogerów, setki vlogerów i streamerów, dziesiątki ekspertów od social media rywalizuje o uwagę, kliki, lajki i powroty czytelników. Można utonąć w tym zalewie komunikatów, które z pozoru są wszystkie mądre i elokwentne.

Jako czytelnicy przyklaskujemy tym wyścigom. Nie dlatego, że potrzebujemy 30 serwisów o PR, 50 przepisów, jak usmażyć tortillę, ani 100 porad, jak urządzić mieszkanie. Pragniemy jedynie chomikować informacje na przyszłość. Bo a nuż przyjdzie moment, w którym jeden wpis ze stu na jednym z dwustu blogów okaże się wyjątkowo przydatny. Boimy się, że bez niego nie damy sobie rady, a z nim wszystko będzie super. Boimy się też zaangażować w coś konkretnego, bo jeśli za miesiąc dany profil się pogorszy, to będziemy musieli szukać nowego źródła wiarygodnych informacji.

 

Zacznij od małej grupy

W praktyce zapewne jest tak, że zdecydowana większość ciekawych newsów pochodzi dzień w dzień od niewielkiego grona stałych autorów, znajomych, marek. Zgodnie z zasadą Pareta to ta najbardziej wartościowa „dwudziestka”. Cała reszta tworzy szum, którego niski dźwięk koi nasze lęki. To pozostała „osiemdziesiątka”.

Głównym celem obecności w mediach społecznościowych nie jest zdobycie miliona fanów. Chodzi o bycie w Top 5 u pięćdziesięciu osób, z którymi jesteś w kontakcie i którym dostarczasz dopasowane treści. Jeśli twój temat okaże się popularny albo doczekasz momentu, gdy stanie się popularny, wtedy dojdziesz do wymarzonego miliona. Ale tylko dlatego, że twoich pięćdziesięciu kluczowych fanów opowie o tobie wielu innym. Każdy zaczyna od małej grupy. To, jak sobie z nią radzisz, pokaże kolejnym tysiącom, czy będziesz o nich dbać, czy mogą ci zaufać, odłożyć lęki i się zaangażować.