Można nie lubić telewizji publicznej i w geście protestu zrezygnować z jej oglądania, a nawet umieścić odbiornik w najbliższym… to znaczy przekazać go firmie zajmującej się utylizacją elektroniki. Ale trzeba przyznać, że strategia telewizji – przejawiająca się w tygodniowej ramówce wieczornej – jest niemal mistrzowska. Ponieważ jednak moim zdaniem obecna ramówka trochę odbiega od ideału, spójrzmy na klasyczną, taką sprzed prawie 20 lat.

A zatem w 1996 r., w tygodniu od 18 do 24 marca, mogliśmy obejrzeć po dzienniku w poniedziałek Teatr Telewizji („Rip van Winkle”), we wtorek film polski („Damski interes”), w środę ćwierćfinał Ligi Mistrzów (Panathinaikos Ateny – Legia Warszawa), w czwartek serial „Nietykalni”, w piątek i sobotę dwie części filmu „Józef”, zaś w niedzielę wieczorem kolejny odcinek popularnego kiedyś tasiemca pt. „Matki, żony i kochanki”.

Teraz zwróćmy uwagę, że filmy we wtorki, piątki i soboty znacznie się od siebie różniły. We wtorki grane były filmy obyczajowe, dramaty lub romanse. Akurat w tym tygodniu w piątek i sobotę wyświetlano praktycznie ten sam film (ze względu na święta Wielkanocne), ale zwykle w piątki puszczano filmy drugiego sortu, a w soboty – wielkie hity. Dzięki tej różnorodności każdy widz mógł znaleźć coś dla siebie, co tydzień, jak zwykle. W ten sposób telewizja realizowała ideę, którą dałoby się zawrzeć w haśle: „przyzwyczajenie i tradycja”.

Co ciekawe, nawet specjalistyczne kanały (np. sportowe) rzadko nadają mecze lub relacje z innych zawodów 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu. Nie dlatego że nie chcą albo że widzowie są nimi zmęczeni (choć do pewnego stopnia to może być powód), ale dlatego że nie mają tyle treści. Z tej przyczyny starają się zmieniać dyscypliny lub transmitować różne ligi krajowe bądź zamieszczają nagrania archiwalne. W końcu zaś zaczynają produkować materiały własne, pokazujące sport czy określoną ligę od kuchni, różne wywiady, ciekawostki, audycje edukacyjne…