Kolejna batalia

Niedawny komunikat, który wyszedł z Ministerstwo Kultury, to woda na młyn ZAiKS-u, który już wcześniej aktywnie zabiegał o wprowadzenie opłaty reprograficznej na smartfony, tablety i telewizory. Pierwsze takie starcie miało miejsce kilka lat temu, kiedy to artystom udało się uzyskać silne wsparcie z zagranicy. Przypomnijmy, że w 2015 r. do dyskusji na temat opłaty włączył się Jean-Noël Tronc, dyrektor generalny Sacem - światowego stowarzyszenia poetów, kompozytorów i wydawców muzycznych. Nie krył zdziwienia faktem, że podczas gdy opłaty za kopiowanie na potrzeby prywatne przynoszą twórcom we Francji około 200 mln euro rocznie, to w Polsce jedynie 1,5 mln euro.  Jak się okazało, głos znanego na świecie działacza na niewiele się wówczas zdał. Przeważyło stanowisko rodzimej branży IT, co w dużym stopniu zawdzięcza ona aktywności Związku Importerów i Producentów Sprzętu Elektrycznego i Elektronicznego „Cyfrowa Polska”. To właśnie z inicjatywy związku ruszyła wtedy akcja społeczna pod nośnym hasłem „Nie płacę za pałace”, które nawiązywało do kupionego przez ZAiKS za 4,6 mln zł pałacu w Janowicach.

Obecna, powtórna próba nałożenia na dostawców elektroniki nowej daniny, również spotyka z oporem. Jednym z jego przejawów są nieprzychylne wobec pomysłu komentarze na zyskującym drugie życie profilu twitterowym „Nie płacę za pałace”. „Domagamy się zaniechania pomysłów kasowania Polaków za smartfony i tablety! Mamy kryzys, a Polacy mają pełną listą istotnych tematów, którymi należy się zająć. Bezpodstawnego finansowania OZZ (organizacji zbiorowego zarządzania prawami autorskimi lub prawami pokrewnymi – przyp. red.) nawet nie ma na tej liście” - to jeden z łagodniejszych tweetów odnoszących się do pomysłu wprowadzenia parapodatku na smartfony. Tym, co rozsierdziło branżę IT jest nie tylko opłata jako taka, ale również jej planowana wysokość, która w przypadku smartfonów miałaby sięgać 6 proc. ceny urządzenia.

Zwolennicy podniesienia opłaty reprograficznej zwracają uwagę, na fakt, że przychody polskich twórców z tego tytułu są kilka lub nawet kilkadziesiąt razy niższe niż przychody autorów w Unii Europejskiej. Przykładowo, w 2018 r. wyniosły one w Polsce niespełna 1 mln euro, podczas gdy na Węgrzech było to 10,7 mln euro, w Austrii 16,2 mln euro, a we Włoszech 25,8 mln euro. Jednak część ekspertów wini za taki stan rzeczy… ZAiKS, który ich zdaniem nie zawsze potrafi sobie  poradzić sobie z wyegzekwowaniem świadczeń, szczególnie od mniejszych importerów. Co ważne, część państw europejskich podważa sens pobierania daniny dla artystów, szukając innych rozwiązań. Tak właśnie stało się na Łotwie, gdzie po wnikliwych badaniach rząd doszedł do wniosku, że wprowadzenie opłaty reprograficznej nie znajduje uzasadnienia. Z kolei w Wielkiej Brytanii, Finlandii oraz Hiszpanii postanowiono się z niej wycofać.

 

Cisza przed burzą?  

Jak na razie (artykuł powstał w połowie czerwca br.) burza wokół opłaty reprograficznej nieco ucichła. Może mieć to związek z chęcią uniknięcia przez decydentów oskarżeń o wprowadzanie nowego parapodatku w sytuacji, gdy wielu przedsiębiorców znajduje się w trudnej sytuacji ekonomicznej, a jednocześnie zbliżają się wybory prezydenckie. Być może jednak dyskusja zostanie odłożona na dłużej, bo w samej ekipie rządzącej zdania na temat kolejnej daniny na rzecz artystów są podzielone. Ministerstwo Cyfryzacji uważa, że propozycja dodatkowego „opodatkowania” sprzedaży smartfonów, laptopów czy telewizorów, powinna być raz jeszcze przemyślana, a wszelkie argumenty za i przeciw bardzo wnikliwie rozważone. Z kolei Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, jak się dowiedzieliśmy, krzywo patrzy nie tyle na samą opłatę, co na jej wysokość - zdaniem urzędników tego resortu 6 proc. to jednak zbyt dużo. Możemy się natomiast jedynie domyślać opinii Michała Kanownika, prezesa związku „Cyfrowa Polska”, który odmówił nam swojego komentarza.