Klasyczne dyski twarde wciąż mają zalety – i to bardzo ważne z perspektywy wielu użytkowników. Są obecnie najtańszym nośnikiem o dużej pojemności i krótkim czasie dostępu do danych. Wprawdzie w dużych środowiskach, gdzie trzeba przechowywać kilkaset terabajtów lub petabajty danych, taśmy okazują się tańsze w zakupie i eksploatacji, ale korzystanie z nich jest znacznie mniej wygodne, zaś dostęp do konkretnych danych może w skrajnych przypadkach trwać nawet kilka godzin. A jednak rynek dysków twardych się kurczy, zaś ich producenci odnotowują coraz mniejsze obroty.

Niełatwą sytuację na rynku dysków twardych odzwierciedla też liczba ich dostawców. Od pięciu lat jest ich tylko trzech – Seagate, Toshiba i WD – podczas gdy w całej historii IT działało ich ponad 200. W minionej dekadzie byliśmy świadkami kilku spektakularnych przejęć: Seagate kupił Maxtora (2006) i dział HDD Samsunga (2011), WD i Toshiba „podzielili się” odpowiednio 2,5- oraz 3,5-calowymi dyskami HGST (2011), zaś sama Toshiba przejęła cały biznes HDD od Fujitsu (2009).

Według analityków stworzenie triopolu na rynku, w wyniku tak dużej konsolidacji, było w zasadzie założeniem sobie pętli na szyję przez producentów dysków twardych. Spadła motywacja do zaciekłej walki na innowacje, a wszyscy trzej dostawcy skupili się raczej na optymalizacji kosztów produkcji. Wskutek takiego podejścia obecnie przynajmniej raz na pół roku słyszymy o zamknięciu dużej fabryki, w której montowane są dyski lub produkowane ich podzespoły (silniki, talerze, głowice). Pierwszym gwoździem do trumny okazała się duża powódź w Tajlandii w 2011 r., w wyniku której zamknięte zostały fabryki WD i Toshiby, zaś eksport HDD spadł o ponad 50 proc. Nic dziwnego, skoro Tajlandia była drugim po Chinach największym producentem dysków twardych. Na taką sytuację producenci SSD tylko czekali…

 

Nadzieja w hybrydach?

Co do tego, że wśród użytkowników istnieje zapotrzebowanie na nośniki o wydajności plasującej się pomiędzy szybkością działania pamięci DRAM i zwykłych dysków, nie ma wątpliwości. Ale to oczekiwanie konfrontowane jest z rynkowymi realiami. Te zaś są bezlitosne – według różnych analiz około 80 proc. dostaw kości pamięci NAND „konsumowanych” jest przez producentów smartfonów. Popyt na pamięć flash na razie zdecydowanie przewyższa podaż, rosną więc jej ceny, czasem do absurdalnych rozmiarów. Dlatego coraz większym zainteresowaniem cieszą się rozwiązania kompromisowe, zdobywające rynek od 2010 r.