Zasadniczo fundusze venture capital są wyspecjalizowane w finansowaniu projektów, które z jednej strony są dość ryzykowne, ale z drugiej potencjalnie bardzo zyskowne. Świat nowoczesnych technologii jest pełen przykładów inwestycji, które zaczęły się od niewielkiego start-upu, aby zakończyć się na etapie dużej firmy, nierzadko funkcjonującej w skali globalnej. Nic dziwnego, że zastrzyk kapitałowy ze strony funduszu venture capital to marzenie wszystkich „start-upowców”. Każdy kij ma jednak dwa końce.

Fundusze, o których mowa, nie są z reguły zainteresowane produktem. Jedynym sensem ich istnienia jest zysk, a ten – i tu dochodzimy do ważnego punktu – najczęściej bywa osiągany przez sprzedaż posiadanych udziałów (zazwyczaj po prostu akcji) w firmie, w którą się zainwestowało. Skąd ten zysk? Teoretycznie wynika z tego, że inwestycje umożliwiają rozwój bądź restrukturyzację danego podmiotu, co powoduje wzrost jego wartości na rynku. Problemem okazuje się to, że rynek akcji reaguje niekiedy żywiołowo na coś, co nie ma pokrycia w rzeczywistym świecie.

Sam fakt zainwestowania w jakąś spółkę powoduje wzrost jej akcji. A gdzie produkt? Tym przecież nie trzeba się przejmować – grunt, że są pieniądze. A skoro są pieniądze, to jest zysk, który przekłada się na większą wartość firmy, a ta z kolei na wyższą cenę akcji, czyli zysk dla funduszu. W ten sposób nakręca się spirala ekonomicznego zachwytu, zbyt często doprowadzając do takich absurdów, za jaki należy uznać np. Ubera. Firma ta, wyceniana pod koniec grudnia ubiegłego roku na blisko 70 mld dol., stworzyła jedynie mobilną aplikację ułatwiającą zamawianie usług transportu samochodowego przez kojarzenie pasażerów i kierowców. Uber niczego nie wytwarza, ma większe straty niż przychody, ale ma potencjalną wartość, co na razie inwestorom wystarcza. Tyle że taki mechanizm prędzej czy później musi zostać brutalnie zweryfikowany.