W świecie IT funkcjonuje kilkadziesiąt sposobów licencjonowania oprogramowania, a wśród nich np. zobowiązanie użytkownika aplikacji do… postawienia piwa jej autorowi (beerware). Ale administratorom dużych środowisk, a także ich partnerom w kanale sprzedaży raczej nie jest do śmiechu. Wprawdzie w poważnych przedsiębiorstwach z milionowymi budżetami problem klasycznego piractwa komputerowego raczej nie występuje, ale działy IT w tych firmach i tak stają przed koniecznością zapewnienia pełnej zgodności stanu faktycznego z umowami licencyjnymi. I automatycznie trafiają na niemal nieskończoną liczbę wyzwań.

Czy daną aplikację można zainstalować w wirtualnej maszynie? Czy umowa licencyjna zostanie złamana, jeśli wykonam kopię tej maszyny w celach testowych? Czy z oprogramowania mogą korzystać osoby z zewnątrz – nasi klienci i partnerzy, np. w udostępnionych im wirtualnych maszynach? Czy umowy licencyjne zachowają ważność, gdy nasza firma zostanie kupiona przez inną? Czy możemy używać oprogramowania, na które posiadamy licencje, w otwartym właśnie oddziale za granicą?

Podobnych pytań jest dużo więcej. Teoretycznie odpowiedź na każde z nich powinna być zawarta w umowie licencyjnej. Powinni ją też doskonale znać twórcy oprogramowania i ich partnerzy. W praktyce jednak sytuacja okazuje się bardziej skomplikowana. Szybki rozwój branży IT powoduje, że w umowach powstają luki bądź niedopowiedzenia, z czego potrafią skrzętnie korzystać zarówno użytkownicy, jak i producenci. W efekcie czasami dochodzi do tarć pomiędzy firmami, które teoretycznie powinny być partnerami w biznesie. Teoria spiskowa mówi, że uzdrowienie sytuacji związanej z licencjonowaniem nie leży w interesie producentów, a im bardziej zawiły system, tym łatwiej można łapać i karać nieuczciwych klientów. Co bowiem stoi na przeszkodzie, żeby to wszystko uprościć, aby klient nie miał żadnych wątpliwości? A jednak wygląda na to, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana.

Wszystkiemu winna wirtualizacja?

W erze przedwirtualizacyjnej największe zamieszanie w kwestiach licencjonowania wprowadzały wieloprocesorowe serwery oraz trudności w podjęciu decyzji, czy liczba licencji ma być wykupiona na liczbę zarejestrowanych czy zalogowanych użytkowników. Od połowy ubiegłej dekady, gdy popularność zyskały rozwiązania VMware, a chwilę później także konkurencyjnych marek, sprawa znacznie się skomplikowała.

Problem w tym, że uruchamianemu w wirtualnej maszynie systemowi operacyjnemu można przypisać dowolną liczbę fizycznych rdzeni lub procesorów, sama maszyna zaś będzie identyfikować je jako jeden wirtualny procesor. Co więcej, ich liczbę można dynamicznie zmieniać albo przenosić działającą wirtualną maszynę na szybszy serwer. To powoduje, że w przypadku wykupienia licencji na konkretną liczbę procesorów lub rdzeni bardzo łatwo o doprowadzenie do niezgodności z umową licencyjną. A nie każde oprogramowanie weryfikuje parametry środowiska, w którym działa, i ostrzega administratorów w przypadku niezgodności licencyjnych.

Kolejnym częstym przykładem naruszenia ustaleń licencyjnych jest duplikowanie wirtualnych maszyn w celach testowych, disaster recovery itp. Brak skrupulatności przy ewidencjonowaniu działających maszyn może doprowadzić do tego, że np. taka testowa maszyna zostanie wprowadzona do środowiska produkcyjnego bez licencji na uruchomione w niej oprogramowanie.

Zdarza się, że dla klienta wyzwaniem jest budowanie środowiska wirtualnego, gdy ma już właściwe licencje, a z reguły tak właśnie jest. Z doświadczenia wiem, że za każdym razem, gdy sytuacja nie jest jasna, warto weryfikować ją bezpośrednio u producenta danego systemu operacyjnego czy aplikacji albo u resellerów, którzy sami są w stanie udzielić informacji bądź skontaktować klienta z właściwym działem u producenta – wyjaśnia Sebastian Kisiel, inżynier systemowy w polskim oddziale Citrix Systems.