A teraz popatrzmy na skonfliktowaną z rządem edukację. Zawieszenie zajęć oraz wysłanie dzieci i młodzieży do domów odbyło się szybko, zdecydowanie i w miarę sprawnie. Później klapa, bo nauczanie zdalne kompletnie obce jest polskiej szkole. I nie chodzi mi o (raczej rzekomy) brak wśród rzeszy uczniowskiej urządzeń dostępowych (choć podobno smartfon jako prezent dla ośmio-, dziewięciolatka na pierwszą komunię to raczej obciach, bo wszyscy go już dawno mają). Chodzi mi o brak kompetencji wśród nauczycieli, znajomości narzędzi do zdalnego uczenia czy telepracy oraz metodologii nauczania w takich warunkach. W dużej mierze to wynik zaniedbania ekonomicznego i programowego. Myślenie, że szkoły dadzą sobie radę, bo rodzice i nauczyciele są zaangażowani i wszystkiemu jakoś podołają, jest z gruntu fałszywe. Ba, natychmiast prowadzi do pytania o rolę i obecność w naszym życiu społecznym instytucji państwa.

A teraz popatrzmy na czołowy projekt rządowy ochrony obywateli przed negatywnymi skutkami ekonomicznymi pandemii, zwany „tarczą antykryzysową”. W niej jak w soczewce jest skupiona cała prawda o tym, jak rządzący postrzegają rządzonych. Wiadomo, że na skutek sytuacji wywołanej wdrożeniem środków powstrzymujących rozszerzanie epidemii setki tysięcy ludzi, dziesiątki tysięcy przedsiębiorstw oraz może nawet miliony miejsc pracy będą zagrożone. Jest chyba dla rządzących klarowne, że w tej sytuacji proponowane dla poszkodowanych rozwiązania i dysponowanie środkami pomocowymi musi być proste w formie, właściwie zaadresowane i dopasowane do potrzeb. A zatem prostota, skuteczność i adekwatność to trzy atrybuty, którymi „tarcza antykryzysowa” powinna się charakteryzować.

A jaka ona jest w rzeczywistości? Po pierwsze, jest bardziej hasłem propagandowym niż realną pomocą. Z deklarowanych 212 mld zł (co w porównaniu z innymi krajami wydaje się kwotą śmiesznie niską) 150 mld zł to nie gotówka, tylko tzw. środki płynnościowe, które z prawdziwym pieniądzem nic nie mają wspólnego, lecz jedynie odkładają zobowiązania osób i firm w czasie. Mają charakter uznaniowy i są na pograniczu sztuczek z obszaru „bookcoockingu”, bardziej potrzebnego bankom i instytucjom finansowym niż podmiotom potrzebującym wsparcia. Oczywiście to tylko moja interpretacja, ale czy niepozbawiona podstaw w świetle rozwiązań proponowanych w „tarczy”? A po co drażniące wszystkich płatników ZUS, chcących skorzystać z odroczenia płatności składki, czterostronicowe podanie, zawierające dane o naszej działalności trzy lata wstecz z danymi, którymi nikt nie może dysponować od ręki? A dlaczego granica 10 pracowników? To lepiej było mieć sześciu pracowników na etacie i sześciu na „śmieciówkach” i być w grupie pomocowych kwalifikantów, niż mieć 12 osób na etacie i być pomocy pozbawionym? To tak rząd promuje ograniczenie patologii umów cywilno-prawnych?

Dziś „tarcza” to tylko początek procesu wsparcia gospodarki, bo nie wiadomo (w momencie, kiedy te słowa piszę), jak dalece i głęboko kryzys nas dotknie. Na pewno tak, jak proceduje Sejm, będzie trudno przyjmować rozwiązania skuteczne w środkach i śmiałe w swoich zamierzeniach. Choć na tym wzorcu rządzący chcą za wszelką cenę dojechać do ostatniego elementu spinającego możliwość w miarę swobodnego sprawowania władzy przez kolejne trzy lata, czyli wyborów prezydenckich. Żeby je przeprowadzić tu i teraz, nawet w warunkach urągających zdrowemu rozsądkowi i zagrażających zdrowiu obywateli, są gotowi na kolejne rozwiązania z repertuaru określanego jako „falandyzacja prawa”. To odbije się na nas fatalnie, bo znów ulegnie zmniejszeniu zasób kapitału społecznego.

Ten kapitał zmniejszany jest zresztą przez niektóre, lewicowe dla odmiany, grupy intelektualistów, które rozwiązania pomocowe dla przedsiębiorstw i pracowników, głównie sfery prywatnej, już dezawuują jako niesprawiedliwe społecznie, bo adresowane tylko do jednej grupy obywateli. Głosy pana Śpiewaka, niegdyś kandydata na prezydenta Warszawy, czy niektórych profesorów ekonomicznych uczelni krakowskich są raczej żenujące. Na ich retoryczne pytanie, dlaczego państwo ma pomagać małym i średnim przedsiębiorcom prywatnym i zatrudnionym tam pracownikom, a nie całemu społeczeństwu, w tym pracownikom nauki, zatrudnionym na państwowych uczelniach, odpowiem jednak, by może coś zrozumieli, słowami prezydenta Clintona: „Gospodarka, głupcze!”. Wy wszyscy na tych uczelniach, urzędach i służbach państwowych żyjecie, a często żerujecie na zdrowej gospodarce. Gospodarce w ponad 70 proc. wymyślonej, utworzonej i działającej dzięki prywatnym przedsiębiorcom i za prywatne pieniądze. Jak ona upadnie, to i wy wszyscy, by siebie i wasze rodziny utrzymać przy życiu, będziecie musieli przejść na zbieractwo i myślistwo, bo nic innego nie potraficie, a cycek ze słodkim mlekiem państwowych pensji, grantów i synekur się wyczerpie, bo nie będzie jak i skąd go napełnić. Rozumiecie!?

Skoro wszystkie sprawy mają pozostać na marginesie, to na koniec taka konstatacja: epidemia się skończy prędzej czy później. Rany po niej, te zdrowotne i ekonomiczne, się zabliźnią. Obyśmy tylko po tym wszystkim byli ciut mądrzejsi – jako ludzie i jako obywatele.