Postęp technologiczny cały czas przyspiesza, pojawiają się przełomowe możliwości w rodzaju blockchainu czy sztucznej inteligencji, ale w praktyce niewiele z tego wynika. Zdolność przeciętnego Kowalskiego lub przeciętnej firmy do przyjęcia tych nowości jest coraz bardziej ograniczona. Powiększa się więc różnica między tym, co technologia jest w stanie dostarczyć, a tym, co biznes jest w stanie wdrożyć – mówi Piotr Kawecki, prezes ITBoom.

 

CRN Siedzimy w gabinecie na 20. piętrze nowoczesnego biurowca, ze wspaniałym widokiem na niemal całą Warszawę. Samo biuro ITBoom też robi wrażenie, jest wyjątkowo pięknie urządzone, komfortowe i przytulne. Z rozrywek nie brakuje Wam nawet stołu do bilarda. Nie szkoda pieniędzy na takie luksusy?


Piotr Kawecki Wychodzę z założenia, że sam jestem pracownikiem firmy, a ponieważ spędzam w niej dużo czasu, to stworzyłem miejsce, w którym czuję się naprawdę dobrze i panuje dobra atmosfera. Mam wrażenie, że wiele firm tego aspektu nie docenia i w konsekwencji szefowie podejmują niemądre decyzje, oszczędzając na biurkach lub na ekspresie do kawy. W ten sposób obniżają koszty o tysiąc złotych, ale przez gorsze warunki pracy i mniejsze zaangażowanie zespołu mogą stracić dużo więcej.

Zwłaszcza że wielu Waszych pracowników to „artyści klawiatury”, których trzeba dopieścić. 

Trzymając się tej przenośni, to wręcz wirtuozi klawiatury, i jeśli wymagam, żeby dawali wspaniałe koncerty, to muszę im dać odpowiednie instrumenty i salę, gdyż nie można wykonać wspaniałej symfonii w piwnicy. Inaczej mówiąc, czołowi specjaliści muszą mieć takie warunki do pracy, żeby mogli uzyskać odpowiednią wydajność intelektualną. U nas w firmie tak właśnie jest.

To  jednak nie jedyny sposób, w jaki musicie radzić sobie z pozyskiwaniem fachowców i rosnącymi kosztami pracy. Co z wynagrodzeniami?

Mamy to szczęście, że obsługując wiele polskich oddziałów zagranicznych korporacji, realizujemy dla nich także projekty globalne, które są finansowane przez ich centrale w Berlinie czy Londynie, a one inwestują w technologie więcej i chętniej niż polskie firmy. Łatwiej nam więc uzyskać godziwe stawki i tym samym należycie płacić naszym ludziom. Oprócz tego różnorodność i nowoczesność projektów, które realizujemy, pozwalają nam na ciągły rozwój i bycie na bieżąco z kolejnymi zmianami technologicznymi. Dlatego nikt z nas nie stoi w miejscu. Trudno, żeby tak było, skoro, przykładowo, realizujemy w tym samym czasie wdrożenie na potrzeby norweskiego banku, projekt dla duńskiej firmy transportowej, międzynarodową realizację w fińskiej firmie z branży energetycznej oraz rozwój jednego z systemów polskiego producenta kas fiskalnych. Każda z tych firm ma swoją specyfikę działania i potrzeby. Dodatkowo warto podkreślić, że głównie zajmujemy się systemami Microsoftu, więc programiści i konsultanci ITBoom mogą dość swobodnie poruszać się między różnymi klientami i projektami. W sumie dość trudno u nas o wypalenie zawodowe i  bardzo cieszy mnie stosunkowo niewielka rotacja zatrudnienia, na poziomie poniżej 10 proc. – bardzo niskim jak na dynamiczny rynek IT w Warszawie.

A jak to się przekłada na przychody ITBoom? 

W 2018 r. wyniosły trochę ponad 30 mln zł, a w roku ubiegłym około 40 mln zł, do czego przyczyniły się działania Cleverboxes, naszej młodej spółki córki, która zajmuje się refabrykacją iPhone’ów. Ten rok powinien być jeszcze lepszy, choć trzeba przyznać, że koronawirus nam nie pomaga ze względu na wstrzymanie produkcji podzespołów i transportów z Chin. Wprawdzie wydaje mi się, że najgorsze mamy za sobą, ale to jest tylko gdybanie i tak naprawdę, na ten moment, nie wiemy, co będzie się dalej działo i czy uda się w kolejnych miesiącach nadrobić zaległości z początku roku. Na szczęście potrzeba ciągłego wzrostu przychodów dotyczy przede wszystkim spółek giełdowych, których prezesi chcą i muszą zaspokajać oczekiwania inwestorów i analityków. My jako spółka prywatna koncentrujemy się przede wszystkim na rentowności. To oczywiście niejedyny nasz cel, ale kluczowy, ponieważ zysk umożliwia większą dynamikę w działaniu – zwinność.

Zwinność?

Nie jesteśmy małym start-upem, w którym pracuje dwóch tryskających energią kumpli, w wynajętej kawalerce, z serwerem pod łóżkiem i pełną dyspozycyjnością przez całą dobę. W takich przypadkach liczy sobie ona 25 godzin, a nowe pomysły realizuje się od ręki. W firmie, która zatrudnia kilkudziesięciu specjalistów, każdy ważny ruch wymaga czasu, a wejście w nowy biznes – pieniędzy. Dbając o zysk, dbamy więc o to, żeby nas było stać na dynamikę, czego dowodem jest chociażby stworzenie w ciągu kilku miesięcy nowego biznesu w segmencie refabrykowanego sprzętu. Zwinność można sobie kupić.