Obecnie rzadko wspominamy o dokonaniach legendarnego Big Blue. Dzieje się tak, mimo że IBM jest nadal jedną z największych firm w branży. Nie chcę więc nikogo przekonywać, że to mało znaczący gracz. Natomiast pewne jest, że rok po roku traci kolejne szanse na wzrost swojego znaczenia w branży, czego jednym z przejawów okazuje się niemal zupełny brak tego brandu w przestrzeni publicznej.

Cofnijmy się do roku 2013, kiedy cloud computing dopiero wkraczał na scenę. IBM zapłacił wtedy 2 mld dol. za SoftLayer – dostawcę infrastruktury chmurowej. Kwota transakcji ośmiokrotnie przewyższała ówczesne roczne obroty tej firmy, a dziś trudno powiedzieć, czy po pięciu latach wydatek się zwrócił. Pewne jest natomiast, że w branży nie dyskutuje się o SoftLayerze (obecnie IBM Cloud) inaczej niż ma to miejsce w przypadku Amazon Web Services, Microsoft Azure czy nawet Google Cloud.

Krótko po przejęciu SoftLayera przez IBM-a brałem udział w kilku spotkaniach prasowych, podczas których szefowie Big Blue przekonywali, że ten zakup ustawi ich na pozycji jednego z czołowych graczy w segmencie chmury. No tak, tylko czy aby na pewno zadbali, żeby kanał partnerski wziął udział w tym przedsięwzięciu? Czy ich dział PR oraz spece od marketingu niejako wsparli te zapowiedzi, rywalizując na tym polu z kolegami z Amazona i Microsoftu? Krótko mówiąc: czy koncern zrobił wszystko, aby stać się liderem w wyścigu o prymat na rynku cloud computingu?

Dawno temu, kiedy pracowałem „w terenie” jako dziennikarz, bardzo często podejmowałem tematy związane z IBM-em. To była ciekawa robota, bo kiedy pracownicy tej firmy dumnie wkraczali na scenę, po prostu wszyscy chcieli wiedzieć, co mają do powiedzenia. Było tak nawet w mrocznych dla IBM-u czasach, kiedy to Lou Gerstner i Jerome York musieli ratować branżową legendę przed upadkiem. Owszem, popełniono wiele błędów, ale równocześnie prezentowano nowe, ciekawe technologie i produkty, z których kilka zasługuje wręcz na miano przełomowych.

Co ciekawe, tak jest do dzisiaj: IBM boryka się z wieloma problemami, ale wciąż dysponuje świetnymi technologiami, produktami i usługami. Przywodzi mi to na myśl niedawną akwizycję Red Hata. W tym przypadku kwota transakcji wyniosła 34 mld dol., a więc była jedenaście razy większa od rocznych przychodów Czerwonego Kapelusza. Trzeba przyznać, że to bardzo pokaźna suma za firmę, której wartość EBIDTA oscyluje wokół 500–600 mln dol. Pytam więc: jak IBM chce odzyskać zainwestowaną sumę? W jaki sposób chce uspokoić akcjonariuszy, że to wszystko ma rację bytu?

Prawdziwe odpowiedzi poznamy post factum, ale czy nie mamy obecnie do czynienia ze znakomitą okazją, aby IBM pokazał się jako wracający do gry potencjalny lider? Czy nie warto byłoby w tym celu zrobić wokół tej transakcji trochę szumu za pomocą działań PR-owych i sensownego marketingu? A jeśli tak się nie dzieje, to konkurenci oczywiście przejmą piłeczkę i przekonają integratorów, żeby robili interesy z każdym, tylko nie z IBM-em. Wydaje się więc, że koncern powinien choćby podjąć próbę zmierzenia się z takim wyzwaniem.


Autor pełni rolę Executive Chairman w The Channel Company, wydawcy amerykańskiej edycji CRN.