Jak w takim razie ocenić obecny poziom informatyzacji w Polsce?

Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że dyskusja o inteligentnych miastach nie jest już tak intensywna jak kilka lat temu. Temat stał się niejako codziennością. Oczywiście nie oznacza to, że wszystkie miasta są już inteligentne, ale pozwala na bardziej trzeźwe spojrzenie na problem, podejście z większą pokorą i rezerwą, a także ze zrozumieniem obiektywnych ograniczeń. Obecny poziom informatyzacji można uznać za średni, mamy przykłady dobrych i słabszych rozwiązań. Jesteśmy w ciekawym momencie. Spójrzmy, kto rządzi krajem i samorządami – ludzie w wieku średnim, koło pięćdziesiątki, którzy uczyli się świata cyfrowego i nie funkcjonowali w nim od początku. Często kwestię cyfryzacji traktują jak modę albo zło konieczne, kulturowo niemal obce. Ale równocześnie mamy do czynienia z grupą już świadomych, pełnoprawnych i pełnoletnich obywateli, którzy w tym świecie cyfrowym wyrośli. Są konsumentami usług publicznych i wyborcami, dla których cyfryzacja nie jest modą ani innowacją. Dla nich to oczywistość, naturalne środowisko.

Jak szybko to zderzenie pokoleniowe będzie miało wpływ na rzeczywistość?

Najbliższa dekada to czas cyfrowej rewolucji niezależnie od woli decydentów w administracji publicznej. Do głosu będą dochodzić ludzie świadomi nowych możliwości, dla których cyfryzacja jest elementem życia, elementem kultury własnej, a nie obcej. To będzie bardzo ważny sygnał dla rządzących. Dobrze, że mamy już Ministerstwo Cyfryzacji, ale ono nie rozwiąże wszystkich problemów. Zasadnicza część usług publicznych jest świadczona przez samorządy, przede wszystkim na szczeblu gminnym. A ponieważ w Polsce jest niemal 2,5 tys. gmin, będziemy mieli absolutnie różne podejścia do kwestii cyfryzacji. Z oczywistych powodów trudno będzie zaplanować ten proces centralnie i zapanować nad nim. Mamy strategie rozwoju przedsiębiorczości w Polsce, edukacji, wojskowości, ale nigdy nie spotkałem się ze strategią cyfryzacji gmin. Brak przejrzystego, spójnego, konsekwentnie realizowanego planu wprowadzania cyfryzacji w życiu publicznym.

Czy to oznacza, że tempo rozwoju poszczególnych regionów kraju będzie bardzo zróżnicowane?

Oczywiście to naturalne w czasie transformacji. Jedni zarządzający są bardziej świadomi, a inni mniej. Konieczne jest wywieranie presji przez młodsze pokolenia obywateli. IT oraz internet przez długie lata służyły po prostu jako narzędzie komunikacji. Dla przeciętnego człowieka poniżej 50. roku życia istnienie strony internetowej gminy, urzędu lub jakiejkolwiek instytucji publicznej nie jest niczym wyjątkowym. To oczywistość, wielkie zdziwienie budziłby brak takich stron. A jeszcze 20 lat temu były nowością. Tymczasem dla starszych osób istnienie strony internetowej danej instytucji wciąż oznacza, że jest ona ucyfrowiona. A przecież dla usług publicznych strona internetowa nie ma większego znaczenia. Ważne są usługi, do których daje dostęp, a to już sprawa bardziej skomplikowana.

W Polsce nowelizowana jest właśnie ustawa o zamówieniach publicznych. Czy ten i inne akty prawne ułatwiają czy utrudniają przeprowadzanie cyfryzacji usług administracji publicznej?

W pewnych okolicznościach nadmiar regulacji szkodzi, z drugiej strony bez nich panowałby chaos, a uczciwość konkursów na zamówienia publiczne stałaby pod znakiem zapytania. Dyskusja cały czas toczy się wokół granic swobody zamawiającego. Nadal nie może on wpisać do specyfikacji warunków zamówienia, że chce kupić konkretne rozwiązanie danej firmy. Ma prawo jedynie przedstawić opis funkcjonalny (czasami udaje się zdefiniować go tak, aby pasowało tylko jedno określone rozwiązanie, a czasem nie). Naturalnie można dyskutować, czy eliminacja tego ograniczenia nie działałaby korupcjogennie, ale nabywanie rozwiązań od zupełnie różnych dostawców, którzy akurat złożyli najlepszą ofertę albo byli po prostu najtańsi, nie ułatwia budowania długofalowej strategii rozwoju IT w danej instytucji. Po kilku latach ma ona wiele rozwiązań od wielu dostawców, którymi coraz trudniej zarządzać, w dodatku nie osiąga się efektu synergii.

Jedną z dziedzin, o której od pewnego czasu mówi się, że także wymaga regulacji, jest Internet rzeczy. Wykorzystanie tej koncepcji do budowy inteligentnych miast z pewnością uprościłoby wiele projektów, gdyż nie trzeba byłoby tworzyć drogich, odseparowanych od internetu sieci rozległych. Czy jednak, ze względów bezpieczeństwa, można sobie na to pozwolić?

Generalnie jestem zwolennikiem tworzenia systemów bazujących na otwartych zasobach, ale obserwacja tego, co obecnie dzieje się w przestrzeni internetowej, raczej nie napawa optymizmem. Państwowa biurokracja dysponuje danymi, do których ryzyko nieuprawnionego dostępu powinno być zminimalizowane ze względu na bezpieczeństwo kraju i obywateli. Oczywiście można byłoby je zabezpieczać, szyfrować za pomocą silnych kluczy, niemniej jednak ryzyko ujawnienia wciąż by istniało. Natomiast nadal brakuje spójnej polityki państwa w zakresie cyberbezpieczeństwa, a więc także Internetu rzeczy. Są jej pewne elementy, ale nie można mówić o całościowym podejściu. Sądzę, że będzie miało miejsce stopniowe ograniczanie transferu strategicznych dla państwa danych przez publiczne sieci.