CRN Polska Jak wpadliście na pomysł założenia firmy?

Jarosław Szawlis Pracowałem wówczas na Politechnice Wrocławskiej i robiliśmy z żoną adaptację strychu. Istniało wtedy rozporządzenie, że bezrobotni, którzy założą działalność gospodarczą, dostaną spore pieniądze, więc trochę ze łzami w oczach postanowiłem zrezygnować z pracy. Oczywiście, gdy tylko się zwolniłem, rząd natychmiast wycofał się z tych wypłat. Więc zostałem na bezrobociu, choć dla informatyka jest ono właściwie pozorne. Aby otrzymywać zasiłek na dzieci, których mieliśmy dwoje, musiałam zgłaszać się do urzędu pracy i udawać się pod wskazane adresy, aby szukać tam zatrudnienia (taki był wymóg). Była to oczywiście fikcja – zazwyczaj od progu mówiłem, że się nie nadaję, oni podpisywali i tak to działało przez mniej więcej trzy miesiące. W końcu jako jeden z adresów dostałem firmę Pro Darka Krawczyka. Choć oczywiście zacząłem swoją starą śpiewkę, on zapytał, czy jestem informatykiem i czy umiem pisać programy, co do tej pory stworzyłem i czy czegoś bym nie zrobił dla niego. Krawczyk sprzedawał komputery i miał ideę, aby do każdego urządzenia dodawać program. Właśnie wtedy powstała pierwsza wersja Subiekta. Umowę, którą wtedy podpisaliśmy, mam do dziś. Mieściła się na trzech czwartych strony A4 i kiedy porównam ją z umowami, jakie obecnie przygotowują prawnicy, ogarnia mnie pusty śmiech. Pierwotnie, przed denominacją, program kosztował 750 tys. zł, czyli 75 zł. Nagle się okazało, że pieniądze ze sprzedaży zaczynają się robić jak na owe czasy naprawdę ogromne: była to pięcio-, a nawet dziesięciokrotność mojej pensji na politechnice.

 

CRN Polska A jak wyglądały początki Insertu?

Jarosław Szawlis Darek Krawczyk rozwijał wtedy edytor tekstów, rozstaliśmy się w zgodzie. Wyleasingowaliśmy czy wydzierżawiliśmy od niego pierwszy komputer i założyliśmy z żoną firmę, która początkowo mieściła się w skromnym pokoiku. Trafiliśmy na bardzo dobry moment, bo na rynku nie było jeszcze systemów informatycznych. Pojęcie, że się je kupuje, było zupełnie abstrakcyjne. Choć oczywiście istniały programy dla firm za ogromne pieniądze, pisane przez informatyków na zamówienie, ale praktycznie nie było polskich aplikacji w pudełkach. Nazwa firmy powstała trochę przez przypadek. W owych czasach musiało być po angielsku, bo nowocześnie i światowo, a nie przaśnie, po naszemu. Poza tym jakoś skojarzyło mi się z miesięcznikiem „Enter”, spojrzałem na klawiaturę – i powstał Insert.

 

CRN Polska Proszę opowiedzieć, jak się dalej rozwijał biznes...

Bożena Szawlis Sprzedaż programów szła coraz lepiej. Największy wzrost zbytu zanotowaliśmy, kiedy daliśmy niewielkie ogłoszenie do „PC Kuriera”. Z tym że w redakcji ktoś coś pomylił i ukazała się reklama na całą stronę. Jej siła była wtedy niebywała. Nagle telefony zaczęły się urywać, a w ciągu najbliższego tygodnia od chwili ukazania się ogłoszenia sprzedaliśmy może z setkę programów.

Jarosław Szawlis Rozwój przedsiębiorstwa odbywał się w sposób organiczny. Po pierwszym roku zatrudnialiśmy chyba ze cztery osoby, potem osiem itd. Żona zajmowała się wtedy sprzedażą, a ja tworzeniem oprogramowania, testowaniem, pisaniem instrukcji oraz hotline’em – choć właściwie była to tylko jedna linia telefoniczna. Mnóstwo rzeczy robiliśmy sami i jako pierwsi. Jako pierwsi w Polsce zapakowaliśmy program w pudełko, zatrudniliśmy polonistkę, która zajęła się korektą językową programów i instrukcji – w owych czasach pisali je informatycy i nie przejmowali się błędami – a także plastyka, aby zajął się stroną wizualną programów.

 

CRN Polska Czym się różni wasza obecna konkurencja od ówczesnej?

Jarosław Szawlis Z naszą ówczesną konkurencją, np. CDN-em (dziś Comarch), Wa-Pro (dziś Asseco), znaliśmy się przez całe lata i właściwie byliśmy zaprzyjaźnieni. Z obecnymi prezesami niekoniecznie jesteśmy w tak zażyłych – choć nadal cywilizowanych – relacjach. Konkurencja na rynku oprogramowania dla firm nie jest aż tak zażarta jak na rynku urządzeń, co wynika m.in. stąd, że mamy wspólne korzenie, znamy się, a trudniej wbijać nóż w plecy koledze. Poza tym jest to dosyć specyficzny i niszowy rynek: bardzo konserwatywny, z bardzo lojalnym klientem – bo trudno jest zmienić system do obsługi firmy, więc lepiej jest męczyć się ze znanym, niż iść w nieznane. Nie ma tu dramatów, a choć czasem zdarzy się jakaś wojenka, nie przypominam sobie sytuacji, aby przyniosła komuś profity.