CRN Równo 20 lat temu założył Pan firmę Open-E, która dziś na świecie jest jednym z bardzo cenionych producentów oprogramowania do zarządzania danymi w systemach pamięci masowych. Jednak nie od początku funkcjonowaliście w branży storage. Co was do tego skłoniło?

Krzysztof Franek Rzeczywiście, firma Open-E została zarejestrowana 9 września 1998 r., ale wówczas w ogóle nie planowałem działalności w branży pamięci masowych. Od sześciu lat mieszkałem już w Niemczech, gdzie byłem szefem europejskiego biura singapurskiego producenta komputerów Aztech Systems. Jednak miałem ambicję, aby założyć własne przedsiębiorstwo, więc powstało Open-E. Na początku byliśmy lokalnym reprezentantem kilku zagranicznych podmiotów, m.in. sprzedawaliśmy profesjonalne napędy CD ROM firmy Kenwood, modemy Zoom oraz – jako reprezentant handlowy – pomagaliśmy Logitechowi w dystrybucji ich produktów OEM.

To jednak działalność bardzo odległa od pamięci masowych…

Tak, nasza obecność w tej branży to zupełny przypadek. Od 2000 r. mieliśmy w ofercie także kontrolery RAID amerykańskiego startupu 3ware, których sprzedaż szła wyśmienicie. A jako że sukcesu nigdy dosyć, zaczęliśmy się wspólnie zastanawiać, co jeszcze można zrobić, aby ją zwiększyć. Po konsultacjach z klientami doszliśmy do wniosku, że warto stworzyć oprogramowanie, które ułatwi zarządzanie danymi na serwerach z zainstalowanymi kontrolerami RAID 3ware w środowiskach Linuxa. Drugim ważnym wątkiem tej historii jest to, że mój rodzony brat miał firmę programistyczną w Polsce, zatrudniał czterech programistów, a ich zespół niemal w tym samym czasie zastanawiał się, w którym kierunku dalej się rozwijać. I tak, pod koniec 2001 r. zaczęła się nasza przygoda z pamięciami masowymi.

Stworzyliście jednak oprogramowanie  współpracujące tylko z jednym konkretnym produktem?

Na początku tak, zresztą traktowałem to jako hobby. Miłym zaskoczeniem była bardzo pozytywna reakcja klientów, którzy zaczęli prosić nas o kolejne funkcje i rozszerzenia do tego oprogramowania. Zgłosił się również kolejny producent kontrolerów RAID – firma ICP Vortex, która później została kupiona przez Intela. Po tej akwizycji przyszedł zresztą też Intel, Adaptec, LSI i… nie mieliśmy wyjścia – musieliśmy zrobić produkt uniwersalny. W ten sposób powstało oprogramowanie Open-E NAS, które zapewniało możliwość przekształcenia niemal każdego serwera PC w zarządzany w profesjonalny sposób serwer plików. Szybko rozszerzyliśmy funkcje tego produktu  o obsługę nowego wówczas protokołu iSCSI i byliśmy jedną z pierwszych firm na rynku IT, która połączyła świat iSCSI i NAS. Dzięki temu oprogramowaniu nasze obroty rosły co roku 3- albo 4-krotnie.

Czy firma miała jeszcze czas na zajmowanie się działalnością, od której zaczęliście?

Nie, dlatego w 2006 r. podjąłem męską decyzję i odciąłem się od wszelkich innych zadań związanych z funkcją reprezentanta handlowego innych firm. Skoncentrowałem się tylko na produkcji oprogramowania. W tamtych czasach mieliśmy w Polsce już 20 programistów, natomiast w Niemczech pracowało 7 osób. Otworzyłem też biuro w Dolinie Krzemowej w USA, a oprócz tego mój dobry kolega zaproponował, że będzie sprzedawał produkty Open-E w Japonii. Taka struktura funkcjonuje zresztą do dziś, tyle że w USA przeprowadziliśmy się pod Atlantę, którą od Europy dzieli tylko sześć godzin różnicy czasowej.

Skąd pomysł na obecność na tak bardzo konkurencyjnym rynku amerykańskim?

Moi przyjaciele, założyciele firmy 3ware, przekonywali mnie, żeby – ze względu na rosnącą sprzedaż oprogramowania – nawiązać współpracę z inwestorami. Dzięki temu zamiast kilku milionów dolarów obrotu rocznie mógłbym mieć kilkadziesiąt lub kilkaset milionów. Innymi słowy: dużo szybciej niż organicznie wejść na kolejny poziom rozwoju przedsiębiorstwa. Pomysł wydawał się ciekawy, bo ja rynku amerykańskiego nie znałem tak dobrze jak europejskiego, więc lokalne wsparcie byłoby wskazane. Zacząłem intensywnie szukać inwestorów w USA i proponowane przez nich kwoty były satysfakcjonujące, bo oferowali nawet 10–20 mln dol. wsparcia, ale za każdym razem żądali większościowego pakietu akcji. Ja jednak uznałem, że moja wizja rozwoju firmy jest ważniejsza niż wyłącznie zwiększanie obrotu, po czym sprzedanie firmy (co z kolei jest głównym celem inwestorów), więc nie mogę ryzykować, że nagle ktoś zmusi mnie, bym prowadził firmę nie w tym kierunku, który założyliśmy. Zrezygnowałem z tych rozmów, ale po kilku miesiącach zgłosiła się firma OpenView Venture Partners z Bostonu, która przystała na moje warunki. Zyskaliśmy duże doinwestowanie, ale zachowałem pakiet kontrolny akcji. Natomiast z różnych powodów organizacyjnych wskazane było przeniesienie centrali firmy do USA.