Ale nie taki wiatr zmiany czuję na swej twarzy od jakiegoś czasu. Czuję, że nadchodzi (patrz: mój wcześniejszy felieton o teorii słabych sygnałów) zmiana paradygmatu funkcjonowania rynku, a rynku nowoczesnych technologii w szczególności. Aby ją opisać, należy najpierw opisać stan rynku, który funkcjonuje w swej schyłkowej formie do teraz. Dla mnie główny wyznacznik wspomnianego paradygmatu to fakt, że animatorem, sprawcą i demiurgiem innowacji, zmian technologii i postępu jest producent sprzętu, jak również oprogramowania. Konkurując z podobnymi mu graczami rynkowymi, stara się, aby skuteczniej, taniej i wygodniej zaspokoić istniejące już na rynku potrzeby po to, aby zdobyć jak najwięcej klientów, a najlepiej – zdobyć pozycję monopolisty. Bo wówczas przychody i zyski są kontrolowane przez ten sam podmiot i mogą przynosić to, co w dzisiejszym świecie jest bożkiem i złotym cielcem – dochód dla właściciela.

W takim przypadku znajomość kompetencji i modelu biznesu stosowanego przez odbiorcę i użytkownika końcowego to kwestia poniekąd wtórna. Produkt czy oferowana usługa jest taka, jaką producent bądź dostawca zaprojektował, i można z niej korzystać albo nie. Trochę to przypomina wybór koloru forda T na początku ubiegłego wieku. Jeśli innowator trafił w dziesiątkę z odczytywaniem potrzeb, to zyskał nieprzebrane rzesze klientów (patrz: iPhone w pierwszej fazie istnienia). Jeśli do tego dobrał protekcyjną strategię rynkową, na przykład poprzez ścisłą kontrolę kanału i cen w nim obowiązujących, a ponadto wytworzył duże ssanie, czyli popyt, i kontrolował podaż, to kapitalizacja firmy szła w biliony.

Ale zefir już wieje i zapowiada koniec takiego eldorado. Według mnie  niebawem nastąpi przeniesienie środka ciężkości, jeśli chodzi o rozwój innowacyjności, z poziomu producentów na poziom odbiorców technologii. De facto mamy już z tym do czynienia. Nie na darmo firmy niegdyś informatyczne, jak choćby IBM, odeszły od oferowania „żelastwa” i na potęgę kształcą oraz zatrudniają speców od poszczególnych segmentów biznesowych, aby klientów uwolnić od troski o to, co w ich biznesie jest typowe, powtarzalne, nietwórcze. Oczywiście na pierwszy ogień poszły usługi finansowo-księgowe, potem HR, centra zakupów wspólnych itp. Migracja do chmury temu sprzyja, bo uelastycznia koszty i modele obsługi oraz separuje twórcę i właściciela treści od infrastruktury, w której jest ona przechowywana i przetwarzana.

Drogą IBM podążają inni, wnosząc swój wkład w rozwój takiego paradygmatu, który w docelowym na dziś kształcie można sprowadzić do hasła: używać jak swoje, ale nie posiadać. Stąd bierze się erupcja ofert opartych na modelu subskrypcyjno-abonamentowym. Jest to sprytna pułapka zastawiana na nas wszystkich, bo oparta na „brunchowym” modelu konsumpcji niedzielnego posiłku: płacisz od osoby i jesz z przygotowanego bufetu, ile i co chcesz. Przecież na koniec brunchu nie dokonujesz analizy, co zjadłeś i ile by to kosztowało, gdybyś płacił za poszczególne konsumowane dania. Liczy się tylko to, czy jesteś generalnie usatysfakcjonowany, czyli czy było smacznie, obsługa miła i profesjonalna, a rodzina zadowolona. Za to płacisz te parędziesiąt złotych od łebka i nie interesuje cię, jak szef tego przedsięwzięcia optymalizuje koszty, po ile kupuje produkty, jak płaci pracownikom i ile razy dany produkt pojawia się na stole, zanim ostatecznie trafi do ust konsumenta albo do śmietnika (fani diety à la Anna Lewandowska wiedzą, o co chodzi).

Jeśli z kierunkiem zmiany mam rację, to czeka nas kolejny etap rewolucji. Po rewolucji politycznej (ustrojów polityczno-ekonomicznych), technologicznej (mechanizacja, standaryzacja, informatyzacja) nadchodzi rewolucja koegzystencji, czyli współistnienia i współpracy różnych podmiotów w celu jeszcze większego uszczęśliwienia ludzkości (cokolwiek to znaczy), aby został spełniony odwieczny warunek szczęścia wedle filozofów: omnia mea mecum porto, co się tłumaczy „wszystko, co posiadam, noszę ze sobą”. A tym „omnium” będzie dostęp do chmury. I tak staniemy się wszyscy szczęśliwi, bo równi pod względem posiadania (postulat komunistów), równi pod względem możliwości (postulat liberałów) i ukierunkowani na sprawy transcendentne (postulat wszystkich religii). Bo nie da się ukryć, że chmura to obiekt niebieski. A Niebo to… Niebo. I niech tak pozostanie.